Czas do soboty minął zaskakująco szybko. Przy każdym
posiłku Harry z niepokojem zerkał na Zabini'ego. Wyglądało na to,
że Ślizgon się poddał. Pod okiem miał wielkiego siniaka. Harry
wolał jednak mieć się na baczności, dlatego nigdzie nie chodził
bez mapy, co jakiś czas sprawdzając, czy Bleise nie kręci się w
pobliżu jego, albo Dracona.
- Harry – usłyszał w sobotę przy śniadaniu. To
Dumbledore podszedł do ich stołu. Wszyscy wokół wpatrywali się
w niego z podziwem i lękiem. Większość z nich nigdy nie
rozmawiała z dyrektorem.
- Tak? - zapytał Harry z pełną buzią. Wiedział, po
co Dumbledore do niego podszedł, ale zgrywał niewiniątko.
- Chciałbym z tobą porozmawiać na osobności –
Harry'emu wydawało się, że dyrektor puścił do niego oczko. -
Przejdźmy do mojego gabinetu, dobrze?
Harry wstał, dopijając sok z dyni i idąc za
dyrektorem, chwycił jeszcze dwa tosty. Nie poszli jednak do jego
gabinetu. Weszli do opuszczonej klasy na pierwszym piętrze, gdzie
czekał już na nich Draco. Blondyn uśmiechnął się do Harry'ego,
a ten poczuł nagły, wielki przypływ miłości.
- Wyjdziecie ze szkoły bramą, nie będziecie
korzystać z ukrytych przejść. Nie wątpię, że je znacie, ale
nie są wam potrzebne. Macie moją zgodę, również pisemną, jakby
ktoś was o to pytał – mówiąc to, wręczył Harry'emu, który
stał bliżej, kartkę zapisaną jego zgrabnym, pochyłym
charakterem pisma. - W urzędzie też już wszystko wam załatwiłem,
ślub odbędzie się po cichu. Wejdziecie tam i złożycie swoje
podpisy. Resztą zajmę się ja – i nie czekając na ich reakcję,
po prostu wyszedł z klasy.
Po około czterdziestu minutach marszu doszli w końcu
do Hogsmeade.
- Mógł nam załatwić te powozy, co nas ciągną na
początek roku. Te bez koni – wysapał Draco, schylając się i
opierając ręce na kolanach. Stał teraz tyłem do Harry'ego, a ten
poczuł dziwne mrowienie w podbrzuszu. Szybko spojrzał w inną
stronę.
- Mają konie. Testrale – Harry uśmiechnął się na
widok zaskoczonej miny Ślizgona. - Nie ważne. Pójdziesz do
biblioteki, to sobie poczytasz. Tylko uważaj na Zabini'ego –
zaśmiał się, szturchając Dracona w bok.
Draco popatrzył na Harry'ego dziwnie, tak, że ten
zaczął się zastanawiać, czy się nie wygłupił, ale nagle
blondyn zaczął ścigać Harry'ego, zapędzając go w ciemne uliczki
między domami.
Harry nagle zatrzymał się, odwrócił i poczuł, że
Draco na niego wpada. O mało co się nie wywrócili, ale na
szczęście udało im się zachować równowagę.
- Dobra, koniec wygłupów – oznajmił, a Draco
zrobił tak zbolałą minkę, że Harry nie mógł się powstrzymać
i cmoknął go w te piękne usteczka... - Musimy jakoś wyglądać.
Nie wejdziemy przecież do urzędu w pogniecionych ubraniach. W
ogóle, gdzie to jest?
- Gdzieś przy głównej ulicy – Draco nie krył
niezadowolenia, ale pozwolił Harry'emu wziąć się za rękę i
poprowadzić w stronę, z której przybiegli.
Nie musieli długo szukać. Już po kilku minutach
stanęli przed drzwiami eleganckiego budynku. Popatrzyli na siebie,
jednocześnie skinęli głowami, chcąc sobie dodać otuchy i weszli
do środka. Wnętrze było mało przytulne. Wszystko było w
odcieniach czerni i brązu, więc ogólnie sprawiało to bardzo
nieprzyjemne wrażenie. Podeszli do okienka, za którym siedziała
znudzona młoda czarownica, żując gumę i przeglądając magazyn
„Czarodziejska moda”. Nie zwracała na nich uwagi, więc Harry
lekko odchrząknął. Poskutkowało. Popatrzyła na niego wilkiem,
ale kiedy jej wzrok padł na Dracona, od razu złagodniał.
Uśmiechnęła się zalotnie i puściła do niego oczko. Harry
poczuł, że jego ręce same rwą się, żeby dać jej w mordę więc
szybko wepchnął je do kieszeni. Spojrzał na Dracona. Nie wyglądał
on na szczególnie zainteresowanego zalotami dziewczyny. W ogóle nie
był nimi zainteresowany. Patrzył na Harry'ego, a w jego oczach było
tyle miłości i ciepła, że Harry nie mógł się do niego nie
uśmiechnąć.
Kasjerka popatrzyła na nich zdegustowana, zrozumiawszy,
że są parą.
- Takie sprawy w pokoju 295. Po lewej – warknęła,
wracając do żucia gumy i przeglądania magazynu.
Nie spojrzawszy na nią, Draco wziął Harry'ego za rękę
i poprowadził korytarzem po lewej. Zatrzymał się pod drzwiami, na
których widniała zielona tabliczka z numerem 295.
- Wiem, że już to omawialiśmy i proszę, nie
wściekaj się. Chciałem tylko się upewnić. Jesteś na to
wszystko gotowy? Chcesz tego? Bo jeżeli robisz to tylko z litości,
to nie mogę się na to zgodzić – Draco stanął naprzeciwko
Harry'ego, uparcie wpatrując mu się w oczy.
- Ja miałbym się litować nad Malfoy'em? Ja, Harry
Potter? - spytał, mając nadzieję, że jego głos brzmi wyniośle.
Draco zrobił zaskoczoną minę. Już dawno przecież
przestali zauważać tę przepaść między nazwiskami Potter i
Malfoy...
Nagle jednak Harry uśmiechnął się, przytulił
Dracona i pieszczotliwie pocałował w szyję. Szybko się jednak
odsunął.
- Nie, Draco. Nie lituję się nad tobą. Kocham cię i
chcę tego. Chcę wziąć z tobą ślub, być z tobą już na
zawsze. Nie pozwolę jakiejś głupiej Parkinson odebrać mi
chłopaka.
Harry odwrócił się do drzwi i sięgnął po klamkę.
Nagle jednak wyprzedziła go dłoń Dracona, która uprzejmie
zapukała. Harry zatrzymał się z uniesioną ręką, zaskoczony.
- Nie uczyli cię dobrych manier, Potter? - szeptem
zapytał Draco, przytulając się do niego.
- Wiesz, mój wuj i ciotka raczej nie interesowali się
moim wychowaniem – Harry pokazał mu język, a kiedy zza drzwi
dobiegło stłumione „Proszę”, nacisnął w końcu tę klamkę
i przekroczył próg pomieszczenia.
Wyglądało ono na dużo przyjemniejsze, niż hol.
Wszystko było tu w odcieniach beżu i jasnego brązu. Za biurkiem
siedziała starsza czarownica, która od razu nasunęła Harry'emu na
myśl panię Weasley. Uśmiechała się z taką samą sympatią w
oczach i Harry od razu się rozluźnił. Draco, który stanął obok
również nie wyglądał na spiętego.
- Jak się nazywacie, kochaneczki? - spytała
czarownica. Molly też tak mówiła do Harry'ego. Dziwne...
- Draco Malfoy i Harry Potter – odpowiedział Draco,
wyrywając Harry'ego z zamyślenia.
- Ahhh... Ten... Oj, przepraszam. Po prostu... Nic,
nic. Wy na pewno do tego biura? - czarownica była zaskoczona.
- Na pewno, proszę pani. Dum... To znaczy profesor
Dumbledore wszystko miał załatwić, my musimy tylko podpisać...
Czarownica popatrzyła na nich, ale już nic nie mówiła.
Zaczęła grzebać w szufladzie, co nie trwało długo, bo ich teczka
leżała prawie na wierzchu.
- Jest. No dobrze. Tak, tak, wszystko gotowe. Proszę
tylko tu podpisać. O tak, tu i ty tutaj.
Draco złożył podpis. Miał bardzo ładne pismo. Harry
starał się ukryć przed nim swoje bazgroły, ale nie było to
możliwe, ponieważ blondyn wciąż patrzył mu na ręce.
- Ładnie piszesz – odezwał się Ślizgon. O dziwo w
jego głosie nie było irini.
- A nazwisko? - zainteresował się nagle Harry. - Jak
będzie z nazwiskami? Czy ja będę teraz Harry Malfoy? - słysząc
takie połączenie, Draco uśmiechnął się od ucha do ucha. - Czy
może Draco będzie teraz Draco Potter? - tu Draconowi lekko zrzedła
mina, za to Harry'emu takie rozwiązanie bardziej się
podobało.
- Albus Dumbledore zastrzegł, że macie na razie
zostać przy swoich nazwiskach. Jeżeli kiedyś będziecie chcieli
je zmienić, będziecie znowu musieli tu przyjść...
Draco coś odpowiedział, ale Harry nie słuchał.
Wpatrywał się w czarownicę. Była taka podobna do pani Weasley...
Draco pożegnał się i chwycił Harry'ego za łokieć.
Po chwili znaleźli się na ulicy Hogsmeade. Harry, który szedł
prawie tyłem zauważył złośliwą minę sekretarki, która już
najwidoczniej przeczytała swój magazyn, bo odłożyła go i gapiła
się na nich. Jednak chłopak nie przejmował się tym, zbyt zajęty
utrzymywaniem równowagi.
- Co ci jest, Harry? Stałeś i się na nią gapiłaś.
Harry uznał, że Draco uzna go dziś za zupełnego
wariata, ale znów nie odpowiedział, zapatrzony w jeden punkt. Był
to duży puchacz. Wyleciał z okna budynku i przeleciał im nad
głowami, żeby po chwili zniknąć im z oczu. Harry nie zdążył
zbyt dużo zobaczyć, ale to i tak wystarczyło. Na kopercie na sto
procent zobaczył nazwisko Weasley i adres Nora.
- Harry, dobrze się czujesz? - zaniepokoił się
Draco.
- Tak, tak. Nic mi nie jest. Po prostu już w biurze
nabrałem podejrzeń, a teraz jestem pewien. Ta czarownica jest
rodziną Weasley'ów. Jest strasznie podobna od matki Rona, a ten
puchacz niósł jej list. Widziałem nazwisko i adres.
- Wiedziałeś, że w końcu się dowiedzą...
- Wiedziałem! Nie o to chodzi. Nie boję się tego, że
mnie odrzucą. Chodzi mi o to, że Dumbledore prosił, żeby jak
najmniej osób o tym wiedziało.
Draco uspokoił Harry'ego. Nie chcieli jeszcze wracać
do zamku, więc korzystając z tego, że mają przy sobie pozwolenie
od Dumbledore'a, wstąpili do Trzech Mioteł na kremowe piwo. Usiedli
za parawanem, żeby nikt im nie przeszkadzał.
Nie zauważyli, kiedy do pubu wszedł wysoki mężczyzna
o długich blond, prawie białych włosach. Za to wyraźnie usłyszeli
jego głos, gdy z kimś rozmawiał.
- Harry Potter? Z moim synem? Jesteś pewna?
Draco wyglądał na przerażonego, ale Harry nie stracił
zimnej krwi. Wyciągnął spod szaty ukrytą do tej pory pelerynę
niewidką i szybko zarzucił ją na siebie i Dracona, upewniając
się, że nie wystają im spod niej nogi. Wcisnęli się w kąt,
kiedy Lucjusz Malfoy wyłonił się zza parawanu i spojrzał na
stolik, na którym nadal stały kufle z niedopitym piwem.
Jego wzrok prześlizgnął się po wszystkich kwiatkach,
za którymi mogliby się ukrywać, a w końcu na dłużej zatrzymał
się na nich, choć przecież nie mógł ich widzieć...
- Jeżeli zrobisz coś mojemu synowi, zabiję, cię,
Potter – warknął i odwrócił się na pięcie, a jego długa
peleryna zatrzepotała za nim.
Po chwili zabrzęczał dzwonek przy drzwiach.
Nie mieli już ochoty na włóczenie się po uliczkach
Hogsmeade. Wrócili do zamku, rozmawiając. Nie ośmielili się zdjąć
z siebie peleryny.
- Co twój ojciec tam robił? Po co nagle zjawił się
w Hogsmeade?
- Sekretarka – rzucił krótko Draco. - Moja matka ją
zna. Nie miałem pewności, że to ona, ale jednak. Musiała napisać
do matki. Ale w takim razie ojciec już wie... Jak mogłem być taki
głupi? Narażam cię...
- Zamknij się. Nie mów tak. Nie narażasz mnie na
nic, sam się narażam. Ty jesteś w dużo większym
niebezpieczeństwie. Nie obchodzi mnie, co zrobi twój ojciec...
Rozmowa nie przyniosła większych rezultatów. Każdy
był zdania, że przez niego ten drugi jest narażony na
niebezpieczeństwo.
Wkroczyli do sali wejściowej, w której na szczęście
nikogo nie było. Dopiero tam Harry zdjął z nich pelerynę. Zegar
wskazywał szesnastą. Nawet nie zdawali sobie sprawy z tego, że tak
długo ich nie było.
- Musimy iść do Dumbledore'a – powiedział Draco, a
Harry skinął głową na zgodę.
Po chwili stanąli przed gargulcem, podali mu hasło i
wjechali ruchomymi schodami pod drzwi gabinetu dyrektora. Draco
zapukał.
- Proszę wejść – usłyszeli głos Dumbledore'a.
Harry otworzył drzwi i stanęli twarzą w twarz z
dyrektorem i wściekłym Lucjuszem.
______________________
Przepraszam za tak długą przerwę, ale byłam przez kilka dni poza domem, a później jakoś nie miałam weny, albo miałam lenia... nieważne. Przepraszam i mam nadzieję, że Wam się podoba. :)
Jasne, że się podoba...jak zwykle :P
OdpowiedzUsuńUuu siadłam tak sobie i zaczęłam czytać *_* Z niecierpliwością czekam na następny rozdział :D I jak pisałam pod pierwszym rozdziałem postawię twój ołtarzyk w pokoju :> To jak piszesz po prostu, (że wyrażę się tak prostacko) no zajebiście <3 I Cieszę się, że w końcu znalazłam jakiegoś blog na temat Drarry a nie pojedyncze opowiadania :> Tak się wkręciłam, że o jeju *_*
OdpowiedzUsuńI mam nadzieję, że nowy rozdział już wkrótce :> Na pewno będę sprawdzać co minutę czy nie dodałaś nowego, bo po prostu ciekawość mnie zżera :/ Arrr i tak nie opisałam sowich wszystkich odczuć co do tego bloga bo nie jestem w tym za dobra jak widać :/, ale wiedz, że się zakochałam normalnie :D I wielbię moc fabebook'a, że dzisiaj znalazłam twojego bloga :D
No nic, ja dużo weny życzę drarrowskiej <3 . NOX
~Feniksa
Dzięki :D
UsuńNawet nie wiesz, jak wielką motywacją są takie komentarze ;3
Ja też mam nadzieję, że już niedługo będę miała wenę do napisania kolejnego posta. xD